Szkoły i

placówki

  • image
  • image
  • image
  • image
  • image
  • image
  • image
  • image

Serwisy tematyczne

Warsztaty matematyczne uczniów LO w Brzesku

image
 

Warsztaty matematyczne uczniów LO w Brzesku

W dniach 5-7 kwietnia br. uczniowie klasy 3BF i 4IT wzięli udział w warsztatach matematycznych w Bukowinie Tatrzańskiej, zorganizowanych przez Panie: Agatę Witaszek i Annę Zielińską – Gunię.

Zapraszamy na  relację ucznia:
Przygodę rozpoczęliśmy o godzinie 7.00. Zgarniając osoby mieszkające po drodze, prawie przegapiliśmy Patryka, jednak w ostatniej chwili kierowca zatrzymał się,  choć i tak biedny Fineasz musiał nadgonić kilkadziesiąt metrów. Podróż minęła nam w miłej atmosferze i przy akompaniamencie muzyki, która płynęła z głośnika. Na miejsce dotarliśmy około godziny 10.00. Po zakwaterowaniu w ośrodku wczasowym mieliśmy chwilę dla siebie, po czym z kopyta wzięliśmy się do pracy. Nie wszystkim było to wprawdzie na rękę, ale nie przyjechaliśmy w góry grać na konsoli, praw... aha, no tak. WIĘKSZOŚĆ Z NAS nie przyjechała grać na konsoli, tylko uczyć się matematyki. Czy chętni, czy niechętni, wszyscy zebraliśmy się w sali konferencyjnej, a Panie opiekunki wręczyły nam kartki z zadaniami na dowodzenie twierdzeń. Wiedzieliśmy, że to ma być tylko rozgrzewka, jednak nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co nas tak naprawdę czeka później. Póki co zadania były całkiem w porządku. Robiło się je przyjemnie, dyskutując w parach lub grupach nad możliwościami rozwiązania. Wymagały trochę ruszenia głową i pomysłowości, jednak z większością poradziliśmy sobie dobrze.
Po 3- godzinnej rozgrzewce nadszedł czas na smaczny obiad, krótką przerwę i wreszcie prawdziwą matematykę. Zostaliśmy podzieleni na dwie grupy,  które wkrótce miały zetrzeć się ze sobą w meczu matematycznym.

Po rozdzieleniu zadań maturalnych dostaliśmy 2 godziny na ich rozwiązanie i udaliśmy się do pokoi, w których uważnie przyjrzeliśmy się poleceniom. Od początku wyglądały na trudne, więc rozdzieliliśmy zadania między sobą i w parach główkowaliśmy nad rozwiązaniami. O faktycznym poziomie ich trudności przekonaliśmy się, gdy minęła połowa czasu, a okazało się, że mamy zrobione zaledwie dwa z dziewięciu. W ciągu następnej godziny udało nam się jeszcze rozwiązać 4 zadania, a jedno doprowadzić do martwego punktu. Pozostałe dwa były niewykonalne (przynajmniej jak dla nas).

Po dwugodzinnych przygotowaniach wszyscy zebraliśmy się ponownie w sali konferencyjnej. Dwie drużyny, „oko w oko”, stanęły do boju matematycznego. Zadaniem drużyn było przedstawienie wszystkim rozwiązania zadania wybranego przez drużynę przeciwną. Zgodnie z regulaminem meczu, osobą prezentującą dane zadanie był uczeń wskazany przez drużynę przeciwną. Walka była zacięta i obu drużynom towarzyszyły niemałe emocje. Po dwugodzinnych starciach, w których zwyciężyła drużyna Damiana, udaliśmy się na ognisko, które,  z uwagi na spływający już z ośnieżonych szczytów wieczorny chłód, odbyło się w specjalnie przystosowanej drewnianej chatce. Po spałaszowaniu kiełbasek i innych przekąsek, zmęczeni całodziennym maratonem dla szarych komórek, wróciliśmy do pokoi i poszliśmy spać.

Rano  pobudka i śniadanie o ósmej (i tak lepiej niż na co dzień). Po śniadaniu kolejne spotkanie w sali konferencyjnej. Tym razem mecz miały rozegrać dwie grupy 9-osobowe, a pozostała grupa została oddelegowana do rozwiązywania zadań na dowody geometryczne. Mnie przypadł udział w tej drugiej grupie. Muszę przyznać, że choć też trzeba było pomyśleć, atmosfera w trakcie rozwiązywania zadań była przyjemna i luźna. Miła odmiana, bo porównując z czwartkowym popołudniem to była sielanka. Następnie mieliśmy chwilę czasu wolnego, obiad  i... kolejny mecz. Całe szczęście zadania były już nieco bardziej zrozumiałe i nawet udało mi się zrobić niektóre samodzielnie. Pozostałe tłumaczyliśmy sobie wzajemnie w grupie i choć losowy podział przydzielił wszystkie najtęższe umysły akurat przeciwnikom, mieliśmy cień szansy na zwycięstwo. Gdy czas na przygotowanie upłynął, obie grupy stanęły do boju.
Całe napięcie tuż przed meczem rozładowała pani Witaszek, proponując, byśmy zamiast spędzać kolejne godziny na meczu, wyjaśnili wspólnie trudne zadania i korzystając z ładnej pogody, poszli na spacer. Rzecz jasna przystaliśmy na tę propozycję. Analiza zadań była bardzo ciekawa. Miło było dowiedzieć się o poprawności swoich rozwiązań, a także poznać rozwiązanie tego jednego zadania, któremu podołały tylko Panie Profesor.

Wkrótce spacerowaliśmy już po wzgórzach, wdychając świeże górskie powietrze. Nie wszyscy byli wszelako zadowoleni, bo w planie wycieczki spacer po błotnistej drodze nie był przewidziany, no, ale…. hej, w końcu jechaliśmy w góry, a w góry bierze się górskie buty, jak ich nazwa wskazuje. Taka dobra rada na przyszłość - dobre buty przydają się nawet na warsztatach matematycznych. Umysły na szczęście odpoczęły, a wieczorem mieliśmy więcej sił i czasu dla siebie.

Następnego dnia, nawet mimo wypoczynku, część osób nie miała już sił na kolejne zmagania z matematyką. Na ratunek przyszły nam krokusy. Znaczy nie zupełnie przyszły, tylko zakwitły. W każdym razie tak się złożyło, że akurat wtedy zabarwiły całą pobliską Dolinę Chochołowską na fioletowo. Widząc nasze zmęczone twarze, Pani Witaszek zaproponowała dłuższy spacer. W sumie głowy wielu z nas już bolały, zatem chętnie przystaliśmy na tę propozycję. Jadąc w kierunku Doliny Chochołowskiej minęliśmy kilka tysięcy zaparkowanych samochodów i ponad sto czekających na drodze. Wielki tłum, naprawdę nic przyjemnego. W końcu dotarliśmy do Doliny. Całe szczęście w Dolinie natłok nie był już tak wielki i żwawo ruszyliśmy w stronę Polany Chochołowskiej. Żeby być uczciwym, trzeba przyznać, że krokusów było znacznie więcej niż ludzi. Delikatnym purpurowym dywanem okryły dno doliny. Weszliśmy w las, a niektórzy powoli zaczęli narzekać na nogi. Najbardziej marudni postanowili zostać na polanie w połowie drogi, ale na najbardziej wytrwałych czekał cudowny widok bladofioletowych zboczy Polany Chochołowskiej. Przez dobry kwadrans napawaliśmy się tym widokiem, po czym ruszyliśmy w stronę autokaru, po drodze zgarniając naszych outsiderów.W drodze powrotnej zahaczyliśmy o McDonald’s (stały punkt naszych wypadów J) i po niespełna trzech godzinach podróży, zmęczeni, ale radośni i zadowoleni powitaliśmy nasze Brzesko.

 

Trzeba przyznać: to był pracowity czas, pełen doświadczeń, ale i owocnych poszukiwań Królowej Nauk.
 
Bartek Klimaj, kl.3B LO





 

  • image
  • image

Ciekawe

linki

  • image
  • image
  • image
  • image
  • image
  • image